czwartek, 17 sierpnia 2017

Wakacje z dzieckiem: Bornholm

To nasza druga podróż na tę bałtycką wyspę. Kilka lat temu wybraliśmy się na nią rowerami i przez 7 dni pedałowaliśmy po świetnie przygotowanych drogach rowerowych i zachwycaliśmy się krajobrazem, jednak był to wyjazd za studencki budżet, co w Danii może być sporym problemem. Ceny są tu dwa razy wyższe niż w Berlinie, nie wspominając już o Polsce.

W te wakacje wybraliśmy się tam po raz drugi, tym razem z naszą półtora roczną córką. Plan był prosty: spędzić miło, ale aktywnie czas. Ja kocham jeździć na rowerze, z Lidią jeżdżę codziennie, więc obie jesteśmy do tego przyzwyczajona. Mój mąż wybrał się na trzy dniowy kurs windsurfingowy, żeby odświeżyć swoją pasję sprzed lat. W czasie, gdy on był na wodzie my zwiedzałyśmy okolicę albo leżakowałyśmy na plaży.

10 rzeczy, które można robić z dzieckiem na Bornholmie



Najfajniejszą rzeczą na Bornholmie są domki. 
Nie przyjeżdża się tu ani do hotelu ani do pensjonatu, ale do domku właśnie. Są ich dwa rodzaje: domek letni, który jest przeznaczony dla turystów. Szczęśliwcy posiadają własne, inni korzystają z szerokiej oferty dostępnej na kilku stronach. Ja polecam tę (klik). Wiem, że wygląda bardzo w stylu lat 90, ale można znaleźć na niej naprawdę wyjątkowe miejsca. Właśnie te wyjątkowe to drugi rodzaj noclegu jaki można znaleźć na wyspie. My mieszkaliśmy w małym gospodarstwie (klik) rolnym, którego właścicielka jest pszczelarką. Część ich domu jest wydzielona dla gości, jednak w ogóle nie czuje się obecności gospodarzy. Plusem takiego miejsca jest ogromna przestrzeń, którą ma się dookoła. Gospodarstwo jest położone po środku pola, a na plażę rowerem jechaliśmy kilka minut. Cisza, szum morza w nocy, krzyk dzikich gęsi o zachodzie słońca, pianie koguta o poranku. Sielsko i wiejsko. Na powitanie czekał na nas słoik dżemu z malin, które rosną za domem oraz miód tak dobry, że wyjeżdżając kupiliśmy od gospodyni jeszcze jeden słoik.



Większość domków jest przygotowana na przyjęcie rodzin z dziećmi. W naszym było łóżeczko, dwie skrzynie zabawek, foremki i wiaderka oraz najpiękniejsze retro krzesełko, które służyło Lidii do jedzenia, ale też do malowania i oglądania książek. 


Uwielbiam oglądać bornholmskie małe i kolorowe domki, zaglądać przez małe okna i patrzeć co ciekawego ich mieszkańcy wystawiają na sprzedaż w garażowych wyprzedażach. Wszystko jest małe, schludne, przytulne i wydaje się, że wszyscy mają tylko to, czego im potrzeba. Może to cecha ludzi mieszkających na wyspie?

Rowery 
Bornholm to rowerowa wyspa! Jest tu świetna infrastruktura dla rowerzystów, poza tym sporo wypożyczalni rowerów, przyczepek oraz rowerów Christiania bike. Nie ma potrzeby zabierania z lądu całego sprzętu. My nasze rowery wypożyczyliśmy tu (klik), nie musieliśmy ich rezerwować, a cena okazała się całkiem znośna. Do jednego poprosiliśmy o fotelik, a do drugiego zamontowaliśmy naszą przyczepkę i tak wyposażeni robiliśmy kilometry w poszukiwaniu najlepszych wystawek* i najładniejszych plaż. I teraz o tym kilka słów.



Windsurfing i plaża
Nasza półtora roczna córka (jeszcze) nie surfuje, ale kiedy mój mąż był na wodzie Lidia była w siódmym niebie, bo miała do dyspozycji najlepszą piaskownicę: plażę. W ogóle nie przeszkadzał jej wiatr, była zajęta przekopywaniem piasku przez 2 godziny, a ja w spokoju mogłam czytać książkę i popijać herbatę z termosu. Bezkres morza koił moje nerwy po szalonych miesiącach w Berlinie, a szum fal wyciszył emocje. Lidia na początku nie chciała wchodzić do wody, ale jak już raz weszła to ciężko ją było wyciągnąć na brzeg.


We wszystkich przewodnikach znajdziecie informację o tym, że dwie najlepsze plaże to Balka i Dueodde i nie ma w tym żadnej przesady. Piasek jest delikatny jak chmurka, woda przyjemna i przejrzysta, plaża szeroka i niezatłoczona. Polecam wam jednak wybrać się na poszukiwanie swojego skrawka wyspy. Pod koniec zdradzę wam, gdzie znaleźliśmy całkiem pustą plażę, na której spędziliśmy cały dzień.

Christiansø 

Wyprawa statkiem to prawdziwa przygoda. Z Bornholmu, dokładnie z miejscowości Gudhjem na północy codziennie odpływają dwa statki na archipelag Ertholmene. Podróż promem trwa mniej niż godzinę i można zabrać ze sobą wózek. Na miejscu spędziliśmy 3 godziny, podczas których zwiedziliśmy obie zamieszkałe wyspy. To niesamowite, że nic na nich się nie zmieniło od ponad stu lat. Kiedyś mieszkali na nich żołnierze broniący najdalej na wschód wysuniętej części Danii, dziś ich potomkowie zajmują się głównie rybołówstwem. Miejsce jest sielskie i ma się poczucie, jakby było się w skansenie. Trochę mi żal mieszkańców wysp, bo muszą znosić setki turystów przez cały okres letni. Z drugiej strony dzięki nim pewnie mogą na wyspie przeżyć. Na zacienionym trawniku zorganizowaliśmy sobie piknik i oglądaliśmy jak na niezamieszkałej skalnej wysepce wylegują się wielkie foki. 


Od zawsze fascynowały mnie wyspy i ich mieszkańcy. Taki zamknięty świat, zależący tylko od jego mieszkańców, którzy są zdani na siłę natury. Kiedyś przez pokolenia nie pojawiał się na nich nikt nowy, a mieszkańcy czasami opuszczali je i odpływali na ląd. Nawet dziś mieszkańcy Christianso są zdani na łaskę morza i codziennych dostaw z Bornholmu. Kiedy chcą coś załatwić w urzędzie, albo wybrać się do lekarza muszą przenocować na Bornholmie albo wybrać się dalej na kontynent. Uwielbiam wyspy i ich niesamowite historie związane z izolacją od świata.
Røgeri
Jeśli tak jak ja, wychowujecie małego smakosza to polecam wam wybrać się do wędzarni ryb tutaj zwanej røgeri. Trzy najlepsze znajdują się w Gudhjem, Allinge i Snogebeak. http://www.smokedfish.dk/ W tej ostatniej skusiliśmy się na bufet rybny all you can eat. Do wyboru były pyszne wędzone na miejscu ryby (dla mnie śledź wędzony w siatce to hit!). Lidia pokochała makrelę wędzoną z czosnkiem oraz dorsza smażonego tak bardzo, że pogardziła nawet frytkami. Taki otwarty bufet kosztuje 130 DKK od osoby (ok. 17 EUR) i można najeść się więcej niż do syta, siedząc przy stoliku z widokiem na morze. 



Svaneke
Warto wybrać się na spacer po Svaneke. Ta malutka miejscowość wygląda jak z obrazka i jest moją ulubioną na całym Bornholmie. Mały port położony na malowniczym skalnym wybrzeżu otwiera się na miasteczko. Przechadzając się po uliczkach, przy których stoją urocze małe kolorowe domy co kilka chwil napotykamy na kuszące smakołyki. Jest manufaktura czekolady, jedna z nielicznych piekarni na Bornholmie (klik), browar, z którego piwo można dostać w sklepach na całej wyspie (klik), a ja polecam w wersji Classic oraz miejsce, w którym można na żywo zobaczyć produkcję cukierków - fascynujące dla dzieci i dorosłych! Dla mnie jednak najważniejszym przystankiem jest lodziarnia Svaneke Is (klikf). 7 lat temu spróbowałam tam lodów o smaku lukrecji i zapamiętałam ich smak. Wiedziałam, że przy pierwszej okazji będę znów chciała ich spróbować. Lidia dostała gałkę o wdzięcznej nazwie "diament Svaneke" a ja cieszyłam się niezwykle kremowymi lodami o smaku lukrecji. Niesamowity smak! 


Na deszczową pogodę 
Jeśli macie pecha i dopadnie was deszcz to nic straconego. Polecam wam niezwykłe miejsce, jakim jest park motyli w Nexo (klik). W środku panuje zawsze wysoka temperatura, roślinność przypomina tropikalną dżunglę, z bliska możemy podziwiać tysiące kolorowych motyli. 

Jeśli natomiast to tylko mżawka wygoniła was z plaży to wybierzcie się pod magiczny wodospad Døndalen na północy Bornholmu. Ciężko uwierzyć, że tak mała wyspa ma tak różnorodny krajobraz. Na południu ciepłe i piaszczyste plaże, a na północy wysokie klify i skaliste wybrzeże. Spacer z parkingu pod wodospad trwa 15 minut, więc nawet jeśli nie chce wam się chodzić, albo wasze dziecko ma akurat focha to warto tam pojechać. Miałam wrażenie, że jestem w krainie hobbitów. 

Slusegaard
To gospodarstwo jest położone w południowej części wyspy i jest objęte ochroną zabytków. Mieści się w nim urocza kawiarnia, w której zjemy pyszne kanapki i naleśniki (hit!). Jednak największą zaletą tego miejsca jest plaża, niemal bezludna. Od gospodarstwa dzieli ją porośnięta wrzosami łąka, na której wypasają się kozy i owce oraz punk przecięcia południka i równoleżnika (zapomniałam których... chyba 15E i 55N :D) Plaża jest piękna, czysta, niezbyt szeroka z wydmami, na których można schronić się przed wiatrem. Ciężko mi było uwierzyć, że w takim miejscu przez kilka godzin spotkaliśmy zaledwie kilka osób. Raj!



Żniwa
Coś dla małych fascynatów maszyn rolniczych: oglądanie żniw. Lidia jest zafascynowana wszelkiego rodzaju pojazdami. W swojej książeczce o autach oglądała traktory i kombajny. Tylko rodzic zrozumie, jak wielka była jej radość, gdy mogliśmy stać na polu i przez niemal godzinę podziwiać pracę kombajnu podczas żniw. Fascynujące :) Bornholm jest najcieplejszy i najbardziej przyjazny turystom właśnie w sierpniu, w czasie żniw. Woda jest nagrzana i w wielu miejscach można spokojnie się w niej kąpać, bez morsowego doświadczenia, a w ciągu dnia temperatura często sięga 25 st, a w słońcu na rozgrzanym piasku nawet jest cieplej. Wieczory natomiast przynoszą przyjemne ukojenie i można w ciepłym swetrze z kubkiem herbaty podziwiać zachody słońca.





*wystawki: tak roboczo nazwałam sobie małe szafeczki wystawiane przy gospodarstwach z plonami, które można kupić wrzucając pieniądze do skarbonki. My trafiliśmy na ziemniaki, cukinie, fasolkę i maliny. Wszystko świeżo zerwane i tańsze niż w sklepie. 


poniedziałek, 5 grudnia 2016

Depresja poporodowa

Minął rok od mojego porodu, a ja dopiero dzień przed pierwszymi urodzinami mojej córki powiedziałam sobie na głos, że cierpiałam na depresję poporodową. Jak to się stało, że tak długo to trwało i dlaczego na depresję poporodową cierpiałam? Jak z niej wyszłam i dlaczego w ogóle o tym piszę? Na te wszystkie pytania postaram się udzielić odpowiedzi poniżej.







poniedziałek, 28 listopada 2016

Ciasteczka z czekoladą i masłem orzechowym

W poszukiwaniu zimowych przyjemności.

Grudzień, adwent to zdecydowanie moment ten roku, kiedy proporcja czasu spędzonego w kuchni i poza nią, rośnie na rzecz tego pierwszego.

Sosy, gulasze i gęste ciepłe zupy rozgrzewają w zimne dni, jednak nic tak nie pocieszy jak pyszne ciasteczka, kiedy słońce chowa się za horyzontem już o 16 i nie wiadomo skąd brać energię do działania.

Przychodzę z odsieczą. Chwytajcie za masło i czekoladę! Kręcimy najpyszniejsze ciasteczka, które najlepiej smakują z gorącą herbatą z termosu na spacerze, ale też pod kocem w mroźny wieczór, kiedy jedyne na co mam ochotę to serial albo wciągająca książka.





Ciasteczka z czekoladą i masłem orzechowym

100 g masła
100 g masła orzechowego (gładkie lub z kawałkami orzechów)
140 g cukru trzcinowego
1 jajko
50 g czekolady gorzkiej
1 łyżeczka ekstraktu waniliowego (lub łyżka cukru waniliowego)
pół łyżeczki sody
pół łyżeczki proszku do pieczenia
180 g mąki
szczypta soli morskiej gruboziarnistej

1. Piekarnik nagrzać do 180 st. (termoobieg), blachę do pieczenia wyłożyć papierem.

2. Czekoladę pokroić na kostki, a potem każdą kostkę na 4 części.*

3. Oba masła w temperaturze pokojowej utrzeć mikserem z jajkiem, cukrem i wanilią na wysokich obrotach przez ok. 4 minuty. Masa musi być jasna i napowietrzona.

4. W osobnej misce mieszamy mąkę z proszkiem, sodą i solą.

5. Składniki suche delikatnie wymieszać z mokrymi tylko do połączenia składników. Na koniec dodajemy kawałki czekolady.

6. Wykładamy na blachę dwoma łyżkami (na jedną nabieramy ciasto, a drugą zsuwamy je na blachę), dzieląc równo na 16 porcji.

7. Pieczemy ok. 15-20 minut, cały czas obserując stopień zbrązowienia brzegów. Idealne są wtedy, gdy na środku pozostaje jeszcze biała plamka, a brzegi są rumiane. Studzimy na kratce i staramy się nie zjeść, gdy są jeszcze ciepłe, bo najlepiej smakują po wystygnięciu!

Smacznego!

* można użyć gotowych "kropelek czekoladowych", w Niemczech występują pod nazwą Schokotröpfchen i można je znaleźć na dziale z bajerami do pieczenia


środa, 3 sierpnia 2016

Sernik jagodowy. Próba życia bardziej tu i teraz.

Połowa lata za nami, ja już tęsknie wyglądam pierwszych oznak babiego lata, a może nawet jesieni? Ostatnio w kwiaciarni widziałam bukiety z wrzosów, które przypomniały mi o zeszłorocznej wyprawie w norweskie fiordy. Małe fioletowe roślinki porastały górskie polanki. Pierwszy raz widziałam ich tyle w naturze. Ale Lidia, moja mała córeczka, nauczyła mnie żyć bardziej tu i teraz. Zatem cieszę się ostatnimi truskawkami i ostatnimi jagodami, które pudełkami zwożę z lasów. Wokół Berlina niemal nikt ich nie zbiera, wszystkie krzaczki moje! Ten przepis nie wymaga jednak świeżych owoców. Możecie użyć mrożonych.




Sernik jagodowy 

Tortownica o średnicy 18-19 cm

500 g świeżo zmielonego chudego lub półtłustego twarogu
2 duże lub 3 małe jajka
2 łyżki mąki pszennej
30 ml śmietanki kremówki 30%
pół szklanki (250ml) cukru
wanilia

200 g świeżych lub mrożonych jagód

100 g ciasteczek zbożowych (moje ulubione to niemieckie Hobbit lub angielskie Digestive)
25 g masła

Ciasteczka kruszymy i dodajemy do nich rozpuszczone masło. Dokładnie mieszamy i wsypujemy do wyłożonej papierem tortownicy. Dokładnie dociskamy tworząc równą warstwę. Formę obkładamy szczelnie folią aluminiową (najlepiej dwukrotnie).Wstawiamy do lodówki.

Nagrzewamy pierkarnik do 175 st.

Odkładamy kilka jagód, resztę miksujemy w blenderze i przecieramy przez sito.

Do miski wrzucamy ser oraz mąkę i mieszamy ok. 2 min, starając się nie napowietrzyć masy, najlepiej łopatką. Dodajemy cukier i mieszamy kolejną minutę, a następnie dodajemy po jednym jajku i mieszamy do całkowitego połączenia składników. Na koniec wlewamy jagody, śmietankę, wanilię, mieszamy. Przelewamy do formy. Dekorujemy wierzch jagodami. (można użyć odrobiny przecieru z jagód i zrobić z nich fantazyjne wzorki: na wierzchu ciasta robimy kropki i ostrym końcem noża kręcimy w cieście ósemki)

Wstawiamy do większego naczynia, wlewamy do niego wrzątek tak aby sięgał do 2/3 wysokości tortownicy, całość wstawiamy do piekarnika na 15 min. Po tym czasie zmniejszamy temperaturę do 120 st i pieczemy jeszcze 60 minut.

Lekko uchylamy piekranik, pozwalamy parze ulecieć, a następnie wyciągamy sernik i chłodzimy przez min. 4 godziny.


+ wszystkie składniki powinny mieć taką samą temperaturę, najlepiej pokojową
+ sernik najlepiej smakuje następnego dnia


środa, 17 lutego 2016

Co na obiad #33 Muszę być bardziej zdyscyplinowana!

W weekend zawsze staram się zrobić listę obiadów na cały tydzień oraz listę zakupów, na które wybieram się dwa razy w tygodniu. Jednak życie z dzieckiem jest pełne niespodzianek i czasami nie mam czasu/ochoty/siły na gotowanie, wtedy korzystam z dobrodziejstw Berlina. Można tu zjeść wszystko o dowolnie wybranej porze, a jeśli mamy szczęście to jeszcze ciepłe przywiozą nam do domu (nawet polskie pierogi i żurek!).

Może nieco więcej dyscypliny pozwoli mi trzymać się planu? Sama nie wiem... Poniżej obiady niezdyscyplinowanej matki :)

krem czekoladowy mrs&mr Flr / pieczony łupacz / niedzielne poranki / i te w ciągu tygodnia

niedziela, 14 lutego 2016

Kokosanki dla opiekunki



Jakiś czas temu spacerowałam z moją koleżanką po berlińskiej dzielnicy Alt-Tegel i opowiadałam jej, że w pobliżu jest gabinet ginekologiczny, do którego chodziłam przez całą ciążę, a zupełnie przypadkiem tuż obok niego znajduje się jedna z niewielu cukierni w Berlinie, która oferuje smaczne słodkości, w tym moją wielką ciążową zachciankę, czyli eklery. Ona za to stwierdziła, że w ciąży nie jest ani nie była, ale też ma czasem zachcianki. Kokosanki. Ciepłe i miękkie w środku i chrupiące na zewnątrz. 

poniedziałek, 8 lutego 2016

Co na obiad #32 Chudy tydzień i tłuste pączki

Ostatni tydzień karnawału za nami, wielkimi krokami nadchodzi czas Postu. Nie zamierzam odrzucić jedzenia na 40 dni, ale mam postanowienie, aby do Wielkanocy nie jeść żadnych kupnych słodyczy. Ani nie są dobre dla mojego zdrowia, ani nie smakują tak jak wyprodukowane w kuchennym zaciszu ciasta i desery. Podobne postanowienie udało mi się zrealizować w styczniu, więc i tym razem może się uda! Co gościło na talerzu w tym tygodniu? Zapraszam do czytania!

Więcej na moim Instagramie