czwartek, 14 września 2017

Odkrycia sierpnia


Książka "Farba znaczy krew" wpadła mi w ręce podczas wyjazdu w Sudety, była w miejscowej biblioteczce u Lokusza. Temat polowań od kilku lat przewijał się w naszej rodzinie z racji tego, że mamy znajomego leśnika, który również poluje, a nawet organizuje polowania dla belgijskich myśliwych! Zawsze podskórnie czułam, że te polowania to jest rozrywka, a nie "regulowanie leśnej gospodarki" jak myśliwi lubią to określać. Jednak nigdy nie zgłębiłam dobrze tematu i w rozmowie ze zwolennikami polowań nie miałam dobrych argumentów w ręku, poza tym, że zabijanie dzikich zwierząt jest bezsensu. Ta książka podaje pełen przekrój opinii, jednak jej największym atutem jest fakt, że napisał ją myśliwy "dezerter". Zenon Kruczyński sam polował przez wiele lat, nauczył się tego od ojca. Jednak w jego życiu nastąpił przełom i nie dość, że przestał polować to jest teraz wielkim przeciwnikiem tego procederu. Opowiada w naprawdę ciekawy i rzeczowy sposób o świecie myśliwych, podaje argumenty, które trafią nawet do najbardziej zagorzałych zwolenników zabijania dzikich zwierząt. Pokazuje bezsens dokarmiania saren i dzików, mówi o tym jakie są rzeczywiste szkody wśród rolników, które często występują jako argument za polowaniem, o okrutnym i bezsensownym odstrzale gęsi i kaczek. Opowiada o tym jak cierpią rodziny, a przede wszystkim dzieci myśliwych. Polecam każdemu, kto choć przez chwilę zastanawiał się w życiu nad sensem polowań.




W sierpniu przepadłam całkowicie z powodu miodu z Bornholmu. Wspominałam wam w tym (klik) wpisie o tym, że na tej Bałtyckiej wsypie spędziliśmy sielskie wakacje, mieszkając w gospodarstwie pewnej pszczelarki. Jeden miód podarowała nam pierwszego dnia, a kolejny słoik kupiłam wyjeżdżając. Jego smak przypomina zapach kwiecistej łąki w bardzo gorący dzień, a konsystencja masło. Tak! Rozpuszcza się na języku jak słodkie masło. Teraz, gdy zaczyna się jesień chyba często będzie lądował w mojej herbacie.


Od lat jestem wielką fanką (a może jestem uzależniona?) YouTube. Taki mój guilty plesure od czasu do czasu. Kiedyś oglądałam hurtowo, dziś nie mam na to czasu i również ochoty. Mam kilku swoich ulubieńców, których podglądam od lat, a od czasu do czasu pojawia się jakaś nowa perełka. W jakiś sposób algorytmy YouTube podpowiedziały mi kanał Sary Lemkus i od razu się zakochałam. To młoda dziewczyna z Nowej Zelandii, właśnie jest w drugiej ciąży, obecnie mama 2,5 rocznej dziewczynki. Co mnie najbardziej urzekło? Jest weganką i wiele jej filmów pokazuje codzienne życie wegańskiej rodziny. Zauroczyła mnie ich podróż po Nowej Zelandii w camperze (marzenie!), lubię podglądać co gotuje dla swojej rodziny, a dodatkowo jej filmy są przepięknie wyedytowane i mają fajną muzykę. Ot, takie filmy do herbaty i ciasta.

A Wy macie swoje ulubione kanały na YouTube?




1 komentarz:

  1. Staram się nie wchodzić na Yt, bo już i tak mam sporo uzależnień serialowych... wole książki, yt zostawiam dla innych. Czasu za mało.bornholm mi się marzy po Twoich wpisach! Może w przyszłym roku.

    OdpowiedzUsuń